Legion Nieśmiertelnych. Tom 5. Świat Śmierci. B.V. Larson

Читать онлайн.
Название Legion Nieśmiertelnych. Tom 5. Świat Śmierci
Автор произведения B.V. Larson
Жанр Зарубежная фантастика
Серия
Издательство Зарубежная фантастика
Год выпуска 0
isbn 978-83-66375-90-1



Скачать книгу

okręty – odparłem. – Każdego dnia rozbudowujemy ziemską flotę. Nasze okręty mogą się zmierzyć z ich jednostkami, dwa do jednego. Widziałem je w akcji.

      – Okręty imperialne tak, ale nie ziemskie – odparł tata. – Ludzie wciąż to mylą. Okręty Galaktyków z Układów Centralnych budują obcy, którzy wiedzą, co robią. Imperialny okręt łatwo poradzi sobie z jednostką głowonogów. Widzieliśmy to na nagraniach. Ale nasze własne okręty są zupełnie inne. Widziałeś je? Wielkie kule pastobetonu na metalowych rusztowaniach. Wyglądają kiepsko i są niesprawdzone. Niektórzy eksperci mówią, że w bitwie popękają jak balony.

      Mój tata oczywiście miał rację. Hegemonia budowała okręty tak szybko jak mogła, ale nasze jednostki przypominały koślawe psie gówna. Były w zasadzie beczkami z zamontowanymi działami. Kadłuby zbudowano z pastobetonu nałożonego na tytanową siatkę, nadającą im jakiś kształt. Proces ten przypominał budowanie basenów w ziemi. Beton z metalowymi prętami w środku. Nowe ziemskie okręty były powolne, ciężkie i brzydkie. Czy były w stanie walczyć? Mogliśmy jedynie zgadywać.

      Z niebywałą prędkością skończyliśmy razem cały dwunastopak, który trzymałem w lodówce na weekend. Byliśmy przynajmniej w znacznie lepszym nastroju. Żartując sobie po drodze, wróciliśmy razem do domu, gdzie zastaliśmy mamę oglądającą kolejne nagranie z Ettą. Udało jej się znaleźć filmik z pierwszymi krokami dziecka. Natychmiast otrzeźwieliśmy i spojrzeliśmy po sobie.

      – Porozmawiam o tym z Dellą, jeśli wciąż jest na Ziemi – powiedziałem.

      – Jeśli przebywa na Ziemi, to może razem z Ettą?

      – Nie. Pyłowcy są inni. Wychowują dzieci grupowo. Della dołączyła do legionu, ale nie wzięła ze sobą Etty.

      Tata pokręcił głową.

      – Wygląda na to, że nie myślą jak my.

      – Owszem. Ale słuchajcie, jeśli lot tam jest możliwy, to pomogę opłacić bilet powrotny. Nie dacie sobie rady jako koloniści na tak nieprzyjaznej planecie.

      Ojciec przytulił mnie, a ja spojrzałem przez jego ramię na duży ekran w salonie. Etta miała na nogach sandały, ale jej stopy były czarne od brudu. Dorośli koloniści wokół nie przejmowali się ani nawet tego nie zauważali.

      Wyszedłem na zewnątrz. Stojąc w ciemnościach wśród brzęczenia muszek i komarów, napisałem na stuku wiadomość do Delli. Nie wiedziałem, czy przebywa na Ziemi, ale gdy tylko wcisnąłem „wyślij” i zaczęła kręcić się ikonka oczekiwania, poczułem, że moje serce bije mocniej.

      Wiadomość brzmiała po prostu: „Della, musimy porozmawiać”.

      Czekałem dość długo. Zacząłem myśleć, że może opuściła Ziemię i wróciła na Świat Pyłu. Może nawet porzuciła życie w legionach, zostawiając wszystko za sobą jak zły sen.

      Tak jednak nie było. Kółko na ekranie przestało się kręcić i usłyszałem cichy dźwięk. Odebrała moją wiadomość.

      2.

      Dzień czy dwa później w środku nocy usłyszałem kogoś w swoim pokoju.

      Della nie odpisała. Wiedziałem tylko, że odebrała wiadomość, ale nie miałem pojęcia, czy ją odczytała.

      Szczerze mówiąc, starałem się o tym wszystkim zapomnieć. Widziałem, że moja mama wciąż jest spięta. Zadawała mi pytania, na które nie mogłem znać odpowiedzi.

      Jak wysoka jest teraz Etta? Ile ważyła po urodzeniu? Czy podczas porodu były jakieś komplikacje? Jak nazywa się ten cały mąż, ojczym, który rzekomo zajmował się dzieckiem, podczas gdy szaleni rodzice dawali się raz po raz zabijać na obcych planetach?

      W odpowiedzi na to wszystko mogłem jedynie wzruszać ramionami i kręcić głową. Wtedy matka zrzędziła, oskarżając mnie o głupotę i nieodpowiedzialność. Znosiłem to ze spokojem. Wiedziałem, że ma dobre powody, by być zła. Della i ja nie byliśmy idealnymi rodzicami.

      Zbudził mnie szelest papierów na brudnym dywanie. Znałem ten odgłos, słyszałem go za każdym razem, gdy chodziłem po zawalonej makulaturą podłodze.

      Odruchowo zacisnąłem palce na szyjce butelki burbona z Kentucky, którą miałem wciąż w ręku. Zasnąłem z butelką, bo poprzedniego dnia skończyło mi się piwo. Mimo wszystkich swoich wad wciąż jestem weteranem legionów, którego napadano fizycznie więcej razy, niż potrafię zliczyć. Takie doświadczenia zmieniają człowieka. Szczerze mówiąc, chyba nigdy tak zupełnie nie spałem. Jakaś część mnie zawsze była przytomna i szukała najmniejszych oznak zagrożenia.

      Wciąż działająca część mojego mózgu uruchomiła dzwonek alarmowy i nagle puściłem butelkę. Spadła na podłogę, a jej zawartość zaczęła wylewać się na dywan – kolejna z niezliczonych plam.

      Ta sama dłoń uniosła się w górę, celując niezawodnie. Moje palce znalazły gardło i zacisnęły się na nim.

      Otworzyłem oczy i odkaszlnąłem. Sprawiło to, że na mojej szyi pojawiło się lekkie nacięcie. Ktoś przystawił mi nóż do gardła.

      – Rzuć to – powiedziałem do intruza. Po mojej szyi płynęła krew, układając się w dwie strużki.

      Przez krótką chwilę ja i intruz zmagaliśmy się w ciemnościach. Nie zamierzałem puścić jego gardła. Jasne, ktokolwiek trzymał nóż, mógł mnie zabić, ale zabrałoby mu to parę sekund. Widzieliście kiedyś świnię z poderżniętym gardłem? Często wierzga jeszcze przez dłuższy czas, zanim przestanie się ruszać.

      Szyja nie wydawała się szczególnie gruba ani silna. Uznałem, że mogę nieźle poddusić napastnika, zanim stracę przytomność.

      Nie bez powodu śmierć nie robiła na mnie wrażenia. Czasami porządne wystraszenie nieprzyjaciela sprawia, że następnym razem dobrze się zastanowi, zanim wyskoczy z łapami. Jasne, zapewne to ja miałem obudzić się we wskrzeszarce, kiedy walka dobiegnie końca. Ale mój zabójca będzie chociaż wiedział, że zwycięstwo nie przyszło mu łatwo.

      Przez jakieś pięć sekund stękaliśmy, nie ustępując. W końcu jednak usłyszałem dźwięk, który mnie zaskoczył – metaliczny brzęk. Napastnik upuścił nóż.

      Jeszcze jednak nie puszczałem gardła przeciwnika. Drugą ręką wymacałem włącznik światła.

      Zobaczyłem wykrzywioną, bladą twarz Delli. Wyglądała na wkurzoną. Puściłem ją i usiadłem.

      Odetchnęła ciężko i rozmasowała gardło. Były tam wciąż ślady palców, które rano zmienić się miały w siniaki.

      – Gdyby to był ktoś inny niż ty, James – powiedziała – jego głowa leżałaby na ziemi.

      – Trzeba było pukać. Tak robią normalni ludzie na Ziemi. Wiesz, co to pukanie, prawda?

      – Lubię kontrolować sytuację – wyjaśniła.

      – To nie powód, żeby zakradać się do czyjegoś domu i przykładać gospodarzowi nóż do gardła.

      – Gdybyś tylko odpuścił i dał mi przejąć kontrolę, nie krwawiłbyś teraz.

      – Przetestujemy tę teorię, jeśli ja kiedyś cię odwiedzę.

      Oboje z trudem oddychaliśmy i próbowaliśmy się uspokoić. Delli zajęło to dłużej niż mnie. Miała dość wybuchowy charakter.

      Nasza relacja zawsze była dziwna. Oboje mieliśmy sporą paranoję. Kilkakrotnie zabijaliśmy się nawzajem. Gdy dwie osoby łączy taka historia, zawsze mają potem problem z zaufaniem.

      – Dlaczego wysłałeś mi tę wiadomość? – spytała.

      – Bo chciałem z tobą porozmawiać.

      – Wiem. Ale o czym?

      – O