STO MILIONÓW DOLARÓW. Lee Child

Читать онлайн.
Название STO MILIONÓW DOLARÓW
Автор произведения Lee Child
Жанр Крутой детектив
Серия
Издательство Крутой детектив
Год выпуска 0
isbn 978-83-8215-222-7



Скачать книгу

optymizmu, kolego. Tu może się pan odprężyć. Wyluzować. Pograć w golfa. Nie musi się pan niczego uczyć. Laboratoria? CIA ma je gdzieś. Rzadko kiedy z nich korzysta.

      – Właśnie powinienem coś zaczynać, będę miał trzy miesiące do tyłu.

      – Ale co zaczynać?

      – Nie mogę powiedzieć – odparł White.

      – Komu to przydzielili?

      – Tego też nie mogę powiedzieć.

      – Przynajmniej dobry jest? – drążył dalej Reacher.

      – Nie za bardzo. Może coś przegapić. Tam wszystko się liczy. Niczego nie da się przewidzieć.

      – Przewidzieć w czym?

      – To tajne.

      – Ale to coś ważnego, tak?

      – Dużo ważniejszego niż to.

      – Jaką sprawę pan zamknął?

      – To też tajne.

      – Podpada pod kategorię wyjątkowych zasług dla Stanów Zjednoczonych na odpowiedzialnym stanowisku podczas wojny i pokoju…?

      – Że co? – nie zrozumiał White.

      – …albo coś w tym rodzaju?

      – Tak, powiedzmy.

      – I w nagrodę wysłali pana tutaj.

      – Mnie też – wtrącił Waterman. – Jedziemy na tym samym wózku. Mógłbym powtórzyć to samo, słowo w słowo. Spodziewałem się awansu. Ale na pewno nie takiego.

      – Awansu za co? – spytał Reacher. – Po czym?

      – Zamknęliśmy dużą sprawę.

      – Jaką?

      – Bardzo starą. Polowaliśmy na kogoś. I udało się, po tylu latach.

      – Czyli przysłużyliście się krajowi, tak?

      – Co pan z tymi zasługami?! – zniecierpliwił się Waterman.

      – Próbuję was porównać. I stwierdzam, że prawie niczym się nie różnicie. Jesteście bardzo dobrymi agentami, już starszymi, lojalnymi i godnymi zaufania, dlatego powierzają wam odpowiedzialne zadania. Powierzają i nagradzają zsyłką do durnej szkółki. Pytanie: dlaczego? Nasuwają się dwie odpowiedzi.

      – Jakie?

      – Może to, co robiliście, było kłopotliwe dla pewnych kręgów. Może będą się tego wypierać. Skoro tak, trzeba was ukryć. Co z oczu, to z serca.

      White pokręcił głową.

      – Nie, oddźwięk był jak najbardziej pozytywny. I będzie taki przez wiele lat. Dostałem medal, w tajemnicy. I osobisty list pochwalny od sekretarza stanu. Zresztą nie muszą niczemu zaprzeczać, bo sprawa była ściśle tajna. Nikt nic nie wiedział.

      Reacher spojrzał na Watermana.

      – A pańskie polowanie? Nie narobiło nikomu kłopotów?

      Waterman pokręcił głową.

      – Mówił pan coś o dwóch odpowiedziach. Jaka jest druga? – spytał.

      – Taka, że to nie jest szkółka.

      – Tylko co?

      – Miejsce, gdzie wysyłają dobrych agentów po dopięciu dużej sprawy – odparł Reacher.

      Waterman zmarszczył brwi. Jakby go nagle olśniło.

      – Z panem jest tak samo? Na pewno. Czemu miałoby być inaczej? Dlaczego mieliby tu ściągać dwóch zasłużonych, a trzeciego bez zasług?

      Reacher kiwnął głową.

      – Dokładnie tak samo. Niedawno wróciłem z misji. Udanej jak cholera, to na pewno. Dziś rano dali mi medal. Na tasiemce, taki na szyję. Za dobrą robotę. Czystą i schludną. Nie mieli się czego wstydzić.

      – Co to była za robota? – spytał Waterman.

      – Ściśle tajna. Ale według dość wiarygodnych źródeł, mogło chodzić o wtargnięcie do pewnego domu i wpakowanie dwóch kul w głowę jego właścicielowi.

      – Gdzie?

      – Jedna w czoło, druga za ucho. Tak jest najskuteczniej.

      – Nie. Pytałem, gdzie jest ten dom?

      – To też jest ściśle tajne. Ale podejrzewam, że gdzieś za granicą. Wiarygodne źródła twierdzą, że w nazwie tego miasta jest od groma spółgłosek. I prawie nie ma samogłosek. A potem ktoś powtórzył to w innym domu. Następnej nocy. Z równie słusznych powodów. Dlatego można by się spodziewać, że w nagrodę facet dostanie coś więcej niż to. Choćby nowy przydział. Może nawet prawo wyboru kolejnej misji.

      – Właśnie – zgodził się z nim White. – A ja na pewno nie wybrałbym tego, tylko coś związanego z tym, czym powinienem się teraz zajmować.

      – Coś ambitniejszego.

      – Otóż to.

      – Typowe. W nagrodę chcemy dostać coś ambitnego, nowe wyzwanie. A nie bzdurną łatwiznę. Chcemy awansować.

      – Oczywiście.

      – Może jednak awansowaliśmy – myślał na głos Reacher. – O coś was zapytam. Przypomnijcie sobie chwilę, kiedy dostaliście rozkaz wyjazdu. Czy przekazano wam go ustnie, twarzą w twarz, czy na piśmie?

      – Twarzą w twarz – odparł White. – Takich rzeczy nie robi się inaczej.

      – Czy w pokoju był ktoś trzeci?

      – Tak. To było poniżające. Sekretarka z administracji z plikiem dokumentów. Kazał jej zostać. Stała tam i czekała.

      Reacher spojrzał na Watermana.

      – U mnie tak samo – powiedział agent. – Kazał zostać sekretarce. Normalnie by tego nie zrobił. Skąd pan wiedział?

      – Bo u mnie było identycznie. Kazał zostać w pokoju sierżantowi. Jakby chciał mieć świadka. Świadek… o to właśnie chodziło. O pocztę pantoflową. Podoficerowie gadają, plotkują. W ciągu kilku sekund wszyscy dowiedzieli się, że nigdzie mnie nie wysyłają. Że jadę na jakiś głupi kurs o głupiej nazwie. Natychmiast przestałem ich interesować. Zniknąłem z radaru. Jestem przekonany, że wiadomość się już rozeszła. Jestem nikim. Zniknąłem w biurokratycznej mgle. Wy pewnie też. Może wasze sekretarki też mają pocztę pantoflową. Jeśli tak, staliśmy się najbardziej niewidzialnymi ludźmi na ziemi. Nikt o nas nie pyta. Nikogo nie interesujemy. Nikt nas już nawet nie pamięta. Szkółka? Nie można trafić do nudniejszego miejsca.

      – Dobrze – rzucił White. – Twierdzi pan, że usunęli z radarów trzech niezwiązanych ze sobą, lecz w pełni aktywnych agentów. Po co?

      – Z radarów to mało – odparł Reacher. – Siedzimy w klasie. Jesteśmy kompletnie niewidzialni.

      – Ale dlaczego? Dlaczego akurat nas trzech? Co nas łączy?

      – Nie wiem. Ale jestem pewien, że chodzi o coś ambitnego. Może o coś, co trzech dobrych agentów może uznać za zadowalającą nagrodę za dotychczasową służbę.

      – Gdzie my właściwie trafiliśmy?

      – Nie mam pojęcia – powiedział Reacher. – Ale to nie jest szkoła. Tego jestem pewny.

      • • •

      Punktualnie o piątej z głównej drogi zjechały dwa czarne vany. Skręciły za sięgającą kolan tabliczką i zaparkowały za chevroletami, prostopadle do trawnika, jak dwie ciężkie barykady. Wysiadło z nich czterech mężczyzn w garniturach. Agenci Secret