Władcy czasu. Eva Garcia Saenz de Urturi

Читать онлайн.
Название Władcy czasu
Автор произведения Eva Garcia Saenz de Urturi
Жанр Исторические детективы
Серия Trylogia Białego Miasta
Издательство Исторические детективы
Год выпуска 0
isbn 978-83-287-1332-1



Скачать книгу

się – wszystko pod kontrolą. W jego wieku istniało niebezpieczeństwo, że pęknie mu aorta, miała bardzo cienkie ścianki.

      – Dobrze, Irene, dziękujemy, nie będziemy pani dłużej niepokoić. Niech pani nam przyśle listę przyjaciół, a sekretarz kopię pani kalendarza z wczorajszymi spotkaniami. Przykro nam, że poznaliśmy panią w tak smutnych okolicznościach.

      – Odprowadzę was do wyjścia.

      Szliśmy z Estíbaliz do samochodu, ale po drodze usiedliśmy na ławce. Oboje byliśmy zamyśleni, potrzebowaliśmy chwili, zanim zaczęliśmy dzielić się wrażeniami z wizyty.

      – Czy myślisz, że to była ona? Że spieszyło się jej, żeby odziedziczyć firmę? – zapytała w końcu Esti.

      – To nie ona. Nie udaje żałoby. Miała na szyi męski szalik, który należał do ojca, pewnie znalazła go w jego sypialni. Pachnie jego wodą kolońską, wczoraj czułem ten sam zapach, kiedy zbliżyłem się, żeby obejrzeć jego źrenice. To, co właśnie robiła: grabienie ogrodu ojca, jest czynnością czysto sentymentalną. Nikt tego nie zauważy, jutro spadną nowe liście, a jednak zrobiła to dla niego.

      – Albo jest urodzoną manipulatorką, jak twierdzi jej najstarszy brat.

      – Trudno to ocenić po jednym spotkaniu, ale owszem, możliwe, że nami manipulowała. A jednak to nie ona. Ani nikt z rodzeństwa. I Antón Lasaga nie zażył kantarydyny z własnej woli. Natomiast dzieci nie są jego: ojcem jest Carlos, szofer. Ale ten mężczyzna kochał żonę.

      – Słucham?!

      – Od czego mam zacząć?

      – Na przykład od tego, że nie był ojcem swoich dzieci. To byłby niezły początek – odparła Estíbaliz.

      – Pięcioro dzieci, ojciec z zespołem Marfana. Przyjrzałaś się zdjęciom? Wszyscy pięcioro są normalnego wzrostu, żadne nie ma długich kończyn. Każde z dzieci miało pięćdziesiąt procent prawdopodobieństwa odziedziczenia choroby ojca. Żadne jej nie dostało w spadku. Statystycznie to się nie zgadza.

      – Co sugerujesz?

      – Że, jak by powiedział mój dziadek, wychował miot nie swoich szczeniąt.

      – Ale twierdzisz, że żadne z jego dzieci nie otruło ojca.

      – Tak. Bo wszystkie wiedziały, że ma słabe serce, a kantarydyna rozszerza naczynia krwionośne. Ten, kto otruł przemysłowca, użył dwóch gramów, czyli dawki uważanej za śmiertelną. To wskazuje niezbicie, że ktoś chciał go zabić. Dziecko, włącznie z Irene, użyłoby mniejszej dawki, żebyśmy pomyśleli, że Lasaga używał kantarydyny jako afrodyzjaku. Ale morderca nie wiedział o chorobie. Wykluczone też, żeby środek zażył sam denat. Skoro dbał o serce, raczej nie bawiłby się w afrodyzjaki, a już na pewno nie przyjąłby śmiertelnej dawki. Poza tym to kiepska forma samobójstwa. Śmierć jest brudna, bolesna, nieprzyjemna, gdyby chciał umrzeć, raczej nie wychodziłby tego dnia z domu. Dyskretny człowiek nie narażałby rodziny na taki skandal. Podejrzewam, że zabójcą jest osoba z jego najbliższego otoczenia. I mamy dwie możliwości: albo wybrała ofiarę przypadkiem, albo z rozmysłem. Kiedy zobaczyłem ten dom, myślałem o jednym z grzechów głównych: o chciwości. Pożądamy tego, co mamy przed oczami. Ale teraz nie jestem już tego taki pewien. Boję się, Esti, bardzo się boję, że zabójca wybrał przypadkową ofiarę.

      – Bo jeśli tak było, nie znajdziemy powiązania zabójcy z ofiarą – zakończyła, jakby czytając mi w myślach.

      Po tylu latach pracy razem miałem czasem wrażenie, że nasze mózgi są jednością.

      Zapadła noc. Usiadłem w fotelu przy oknie, z którego rozciągał się widok na plac Virgen Blanca, serce miasta. Wcześniej Deba zasnęła mi na kolanach i położyłem ją do łóżka. Alba odpoczywała na kanapie, ja czytałem podarowany mi przez nią egzemplarz Władców czasu.

      Wymiana prezentów, wymiana dedykacji.

      Oboje uwielbialiśmy czytać. Mieliśmy taki zwyczaj: jeśli jakaś powieść podobała się nam obojgu, dawaliśmy sobie wzajemnie egzemplarz z dedykacją. Prześcigaliśmy się, kto napisze oryginalniejszą, bardziej czułą.

      Ona napisała mi na pierwszej stronie fragment wiersza Mai Angelou, który jej matka recytowała przez lata na scenie: „I mimo wszystko powstanę”. Ja na zakupionym dla niej egzemplarzu zacytowałem wiersz Joana Margarita Rana to miejsce, w którym też można zamieszkać.

      – Jesteś jakiś zamyślony, Unai. Nie wiem, czy powiedzieć, że bardzo ci z tym do twarzy, czy że się o ciebie martwię.

      – Mogę pomyśleć przy tobie głośno? Dziś w nocy nawet ty nie zdołasz rozwiać chmur nad moją głową.

      – Dawaj. Nad czym się zastanawiasz?

      – Nad pytaniami z pierwszego roku profilowania kryminalnego. Dlaczego w ten sposób? Dlaczego w tym miejscu? Dlaczego teraz? Dlaczego kantarydyna? Dlaczego w Villa Suso? Dlaczego na prezentacji książki, której akcja ma wiele wspólnego z jego śmiercią: miejsce, zawód i sposób zabójstwa?

      – I co wymyśliłeś?

      – Że wszechświat jest leniwy.

      – Leniwy – powtórzyła, najwyraźniej nie rozumiejąc, o co mi chodzi.

      – Tak, leniwy. Nie wysila się, żeby mnożyć koincydencje, dlatego statystycznie zdarzają się rzadko. To zatem nie przypadek, że zabito bogatego człowieka z branży tekstylnej, w dodatku według tego samego modus operandi, co w powieści, na której prezentacji dochodzi do zabójstwa. Sprawca chciał wysłać komunikat i my mamy go odczytać: „To zabójstwo ma związek z powieścią. Szukajcie według tego klucza”. I to właśnie zamierzam zrobić.

      Spojrzałem na nią, z niekłamanym zachwytem zresztą, i powiedziałem sentencjonalnym tonem:

      – Nadszedł czas, żebym porozmawiał z wydawcą.

      8

      PAŁAC ÁLAVA-ESQUIVEL

      UNAI

      Wrzesień 2019

      Tego dnia poznałem jedną z najbardziej wyjątkowych osób w swojej karierze profilera. Ale kiedy z Estíbaliz i Milán zbliżaliśmy się do pałacu Álava-Esquivel, nie mieliśmy pojęcia, jakie niespodzianki nas czekają.

      Pałac bronił się jak umiał przed zgubnym upływem czasu, ale niedawno trzeba było zamontować na nim siatkę zapobiegającą odpadaniu fragmentów elewacji. Dekadencki budynek z białego kamienia wznosił się dumnie na skrzyżowaniu Cantón de San Roque i ulicy Herrería. Otaczał go ogród z nieco surrealistyczną palmą i był chyba ostatnią zamieszkaną rezydencją pałacową w mieście. Lokatorzy, który wynajmowali tu niezbyt drogie mieszkania, dzielnie znosili wilgoć i odpadanie stiuku ze ścian. Zadzwoniłem przez domofon. Do budynku prowadziły piękne drzwi zwieńczone półkolistym łukiem. Odpowiedział mi niski głos:

      – Kto tam?

      – Prudencio, to ja, inspektor López de Ayala. Może mi pan otworzyć?

      Odpowiedział po kilku sekundach:

      – Jasne, inspektorze. Otwieram.

      Przeszliśmy obok trycyklu w jaskrawych kolorach i ruszyliśmy na górę schodami o obtłuczonych stopniach. Ten budynek się sypał, przypominał jakąś hawańską kamie­nicę.

      – Znalazłaś jakiś ślad po zakupach kantarydyny w internecie? – zapytałem Milán, kiedy szliśmy na górę.

      – Ani jednego – odpowiedziała z uśmiechem, który wskazywał raczej na to, że jest ze swoich poszukiwań zadowolona. – Jest wiele produktów, które sprzedaje się jako hiszpańską muchę, ale to faktycznie L-arginina z witaminą C. Wszystko